18 edycja 18 edycja 18 edycja konfrontacje teatralne

Krajobraz improwizacji, muzyki, odjazdu

Goebbels, Goebbels i jeszcze raz…

Ostatni dzień lubelskich Konfrontacji  Teatralnych przebiegał pod znakiem Heinera Goebbelsa. Wykład inauguracyjny Instytutu Performatywnego w Lublinie przybliżył polskiej publiczności działalność tego niemieckiego twórcy w zakresie dydaktyki, która nie jest u nas zbyt dobrze znana. O nieznajomości i niezrozumieniu tematu świadczy dobitnie pytanie zadane przez uczestnika spotkania – co ma nam się podobać (!) w performensie (pokazywanym na wykładzie w formie nagrania), gdzie artysta chodzi wokół sceny w rytm metronomu i prezentuje różne formy chodzenia w projekcie „Ćwiczenia z chodzenia”. Już samo pytanie jest dość naiwne, a nie tyle śmieszy, co smuci reakcja po próbie wytłumaczenia przez Goebbelsa jego rozumienia tego projektu jako swoistego zmagania się z własnym ciałem, z jego zmęczeniem, ze zmianą perspektywy względem zwykłych fizycznych czynności – że nadal się nie podoba (!) i że zaprasza lepiej na trening sztuk walki.

Świetnym pomysłem organizatorów było zaproponowanie wykładu zatytułowanego „Nauczanie/Tworzenie: sztuki performatywne jako artystyczne poszukiwania” po dopołudniowej próbie generalnej a przed wieczornym pokazem spektaklu „When the mountain change its closing”. Ustawia to widza merytorycznie i estetycznie do odbioru tego niezwykłego projektu artystycznego. Ale o tym później. Goebbels w swoich działaniach edukacyjnych próbuje odpowiedzieć na pytanie, dokąd zmierza dydaktyka w zakresie sztuk performatywnych. Mówił o trudnej do osiągnięcia, zwłaszcza, w naszym skostniałym systemie akademickim, wolności uczenia nie tego, czym teatr jest, ale tego, czym mógłby być! Sam tworzy ostatnio utwory bez aktora, postaci, przez co odwołuje się do wyobraźni widza – zatem to, jak sam posumował, „spektakle bez ludzi, ale oczywiście dla ludzi”. Instytut Teatrologii Stosowanej w Giessen jest zatem miejscem, gdzie następuje podważanie i eksperymentowanie z klasyczną konwencją, odejście od standardów i klisz szkół aktorskich, gdzie pozwala się studentom wchodzić na nieznane ścieżki. Zatem łączą się ze sobą teoria, refleksja, dyskurs i praktyka aktorska. Ucieka się od ideologicznej podstawy, zmierza do wolności, ucieka od ciężaru konwencji i klasycznych technik, nie negując ich oczywiście, ale widząc ich ograniczenia. Jak się dostać do tej szkoły artystycznej wolności? Najpierw trzeba złożyć swoje portfolio, następnie napisać pracę, artykuł po obejrzeniu nieznanego, nowatorskiego utworu, potem jest tzw. „odsiew” i jako trzeci etap rozmowy indywidualne z wybranymi szczęśliwcami. A co jest najistotniejsze dla grona profesorskiego przy przyjmowaniu w progi uczelni? Aspekt antyideologiczny, czyli gotowość na przyjęcie tego, czego się nie zna, otwarcie na to, co może się wydarzyć. Ciekawym aspektem tej wyższej uczelni jest brak podziału na klasy, lata, dyscypliny, choć studia są podzielone według systemu bolońskiego na licencjackie i magisterskie, studenci z różnych roczników zapisują się do konkretnych projektów w zależności od swoich kompetencji i przygotowania. Uczą się także odpowiedzialności za całą otoczkę swoich projektów – od światła i scenografii, poprzez kuratorowanie, działania PR, aż po zdobywanie środków finansowych na dwóch organizowanych przez siebie festiwalach. Szkoła w Giessen dekonstruuje konwencjonalne myślenie o teatrze, otwierając się na to, co nieznane!

To z tekstów teoretycznych, wykorzystywanych w ramach swojej pracy artystycznej, jak i dydaktycznej, czerpie Goebbels myślenie o performensie jako pewnym krajobrazie, a nie narzędziu. I ta właśnie idea jest widoczna w wieczornym spektaklu, który stworzył razem ze słoweńską artystką Carminą Šilec, kierującą chórem Vocal Theatre Carmina Slovenica. Mimo braku kompetencji muzycznych, żeby w pełni ocenić jakość wykonania od strony wokalnej tego spektaklu, mogę stwierdzić, że wszystkie pieśni brzmią perfekcyjnie i poruszająco. Czasem wzbudzają śmiech, czasem wzruszenie. Obok pieśni chóralnych z repertuaru zespołu słyszymy partyzanckie utwory z czasów generała Tito i z muzyki pop. Nie są one tłumaczone, więc bardziej skupiamy się na ich rytmie, melodii, sile i barwie głosu chórzystek. Na pewno ogromne wrażenie nawet na nieprzygotowanym muzycznie widzu/słuchaczu robi właśnie siła głosu tego, liczącego trzydzieści pięć dziewczyn i dziewczynek chóru. Podobno jest ich w sumie czterdzieści, ale ja tylu ich się na scenie doliczyłam. Dziewczyny wchodzą po omacku, z zamkniętymi oczami na scenę, stworzoną tego dnia w hali targowej budynku Międzynarodowych Targów Lubelskich. Potykają się o rozstawione krzesełka. Dochodzą na drugi koniec sceny i z okrzykiem chwytają krzesła w dłonie. Za chwilę ustawią je na brzegu sceny, równolegle do publiczności i przez kilka minut się w nas wpatrują. Najpierw z szerokim uśmiechem na twarzy, potem ze smutkiem, w końcu ze złością. Ich miny zmieniają się stopniowo, falą przebiegającą i ogarniającą stopniowo wszystkie chórzystki. Za chwilę na naszych oczach zbudują scenografię – stoły i krzesła rozstawią w podkowę wokół sceny, przyniosą trawnik, ułożą na nim kamienie, jakąś roślinę, rozłożą makietę krajobrazu, który parokrotnie zmienią w czasie przedstawienia. Zaplecze techniczne jest zatem częściowo widoczne, obnażone zostaje teatralna maszyneria i uwypuklona umowność spektaklu. Dziewczęta są w różnym wieku, niektóre to jeszcze dziewczynki, inne prawie kobiety. Pokazują świat widziany ze swojej perspektywy, na poły dziecięcej, na poły dorosłej. Wpisują się także w kontekst kulturowy, społeczny i historyczny własnego regionu. Co chwila się przebierają – ze strojów sportowych w sukienki, a do rąk biorą maskotki, potem w kalosze, blond peruki, czapki i szaliki. Podpytany w kuluarach Goebbels o szczegóły powstawania tego spektaklu, przyznał, że za każdym razem jest on nieco inny. Dziewczęta mają sporą dozę swobody, improwizują, choć śpiewają pewne przygotowane wcześniej pieśni i respektują pewien określony szkielet przedstawienia. Da się wyczuć tę improwizacyjną wolność i ona pewnie przyczynia się do świeżości i oryginalności tego projektu. A mnie jako widza urzeka i porywa ten krajobraz namalowany kolorami precyzyjnego wykonania wokalnego i choreograficznego oraz aktorskiej improwizacji.                      

I jeszcze raz… Małe Instrumenty (z Goebbelsem wśród widowni)

Wieczór spuentowali muzycy Małych Instrumentów. W ciągu dnia można było wziąć udział w warsztatach i stworzyć pod ich pełnym inwencji okiem własny instrument. Koncert zaczął się z pół godzinnym opóźnieniem, ale na szczęście widzowie w większości byli dosyć cierpliwi i wyrozumiali i jedynie oklaskami dyscyplinowali muzyków do wyjścia na scenę. Na koncercie zespołu byłam nie  po raz pierwszy, ale i tym razem zafascynowali mnie mnogością instrumentów, zabawek, przedmiotów rodem ze śmietnika albo z pokoju dziecięcego, które po odpowiedniej przeróbce wydają zaskakujące dźwięki, tworząc razem całkiem spójne utwory. Butelki, kieliszki, słoiczki, dzwonki, pudełka, druty, dziecięce różowe pianinko z nalepką z napisem Barbie, katarynki i wiele innej maszynerii, którą pamiętam z dzieciństwa oraz tej, której nie potrafię nazwać. Panowała swobodna atmosfera muzycznej gawędy – artyści wykonywali utwory, wydobywając dźwięki z całego tego przedziwnego instrumentarium, w przerwach rozmawiając z publicznością i reklamując nieco prześmiewczo swoje płyty i najnowsze dzieło – książkę Pawła Romańczuka i płytę „Samoróbka”, na której rozbrzmiewają utwory wykonywane z własnoręcznie wykonanych przez nich instrumentów.  

Potem jeszcze chwila rozmowy w Klubie festiwalowym z „zacnym” państwem kuratorstwem festiwalu, pożegnanie ze współtowarzyszami tych Konfrontacyjnych peregrynacji i … piszę te słowa z pociągu relacji Lublin – Szczecin, z którego za niecałe dwie godziny wysiądę w Poznaniu. Krajobraz za oknem się zmienia…      

Monika Błaszczak

  

fot. Maciej Rukasz                                           fot. Marta Zgierska

fot. Marta Zgierska